WAWA na 102

Wszystko o organizowanych przez Was dla Was imprez keszerskich...

Moderator: Moderatorzy

freney
Bywalec
Posty: 32
Rejestracja: środa 29 czerwca 2011, 18:33
Podziękował: 3 razy
Otrzymane podziękowania: 9 razy

WAWA na 102

Post autor: freney » czwartek 30 czerwca 2011, 03:26

Zazwyczaj w tym miejscu jest informacja o planowanych spotkaniach, mniejszych lub większych wspólnych keszowaniach, ja natomiast chcę tu opisać „event”, który już miał miejsce, ale jakoś najbardziej ten dział mi pasuje.

W zeszłym tygodniu zrealizowaliśmy projekt WAWA na 102, mimo że już za nami to za namową kilku osób, nie tylko biorących w nim udział, chce się podzielić naszą wspólną akcją, która miała miejsce w stolicy w zeszłym tygodniu.

Projekt WAWA na 102 czyli 102 kesze w ciągu 24 godzin na terenie Warszawy. Bojową ekipę tworzyli: Jed Team, smashin, J.O.N.F. i freney. Zamierzaliśmy zdobyć 102 kesze na terenie Warszawy i okolic w ciągu 24 godzin, w ciągu jednej doby kalendarzowej czyli od godz 0:00 do 24:00 dnia 23 czerwca. W logbookach wpisywaliśmy zamiast wszystkich nick-ów tylko: „WAWA na 102” , aby zaoszczędzić na czasie. Uzgodniliśmy to z Radą Rejsu (tą przyszłą) i dostaliśmy jej „błogosławieństwo” na drogę :) .

Długo chodził mi po głowie pomysł aby w ciągu jednej doby znaleźć 100 keszy, a zbliżające się lato stwarzało ku temu dogodnie warunki. Podczas zlotu na jurze, w maju, wypytywałem kilka osób przy ognisku, czy nie chcą wspólnie czegoś takiego zrealizować, problemem było tylko znalezienie takiego miejsca gdzie nikt z nas nie ma żadnych zdobytych keszy, najlepsza byłaby Warszawa, ale wiele osób Warszawę już miało „nadgryzioną”. Wchodziły w rachubę też inne miasta, ale ostatecznie stanęło na Warszawie. W niedzielę podczas zlotu na jurze miałem zaszczyt pojedynkować się z Jed team-em pod okiem Chestera i wtedy Chester wymyślił nazwę WAWA na 102, niby dwa kesze więcej ponad setkę, ale za to jak ładnie się rymuje. Niestety w tym terminie Chester miał inne plany, ale nazwa projektu się przyjęła.
Podczas kolejnego zlotu w Opolu, zacząłem wypytywać się o kesze w Wawie, które z pozoru łatwe, ale należy omijać szerokim łukiem, jeśli nie chce się wtopić zbyt dużo czasu.
Sebastian ułożył listę 10 keszy, których nie poleca, m.in. Rotunda czy Pomnik Małego Powstańca i kilka innych. Oczywiście te kesze są same w sobie cenne i warte odwiedzenia, ale jeśli ktoś je zdobywa za trzecim podejściem, albo spędza tam 2 godziny zanim wykuma o co chodzi, to dla naszych celów, te kesze się nie nadawały. Ktoś jeszcze dodał, żeby odpuścić wszystkie „Makosy”, nie wiedziałem dlaczego, ale widząc tą jednomyślność w oczach pozostałych osób, dalej nie dopytywałem.
Nie chwaliłem się przed resztą naszej ekipy, ale miałem pomysł, abyśmy zdobyli chociaż po jednym keszu „zasłużonych” dla opencachingu np. tATY, zyr-a, ...nie sposób tu wszystkich wymienić, ale i tak część „wielkich tuzów OC” działa na śląsku, pomorzu, czy w „galicji” i trudno natknąć się na ich kesze w WAW-ie. Planowałem choć jednego „Wąska”, również, ale to już tak na przekór, choć jednego „Makosa”, w większości plan zrealizowaliśmy tylko tATY zabrakło do „kompletu”. Kilka skrzynek już dla samej nazwy zamierzaliśmy zdobyć jak np. Kukliński czy Stirlitz (chociaż ci panowie w innej lidze grali), albo np. Aferę Hazardową czy Spieprzaj Dziadu, czy też Skwer Starszych Panów lub Redutę Ordona. W planie było też uszczknąć coś na Mokotowie i Bemowie, na Starym Mieście i Pradze.

Plan był pozostało „tylko” wybrać się do WAWY i go zrealizować. No i wybraliśmy się. Wieczorem, dwudziestego drugiego koło 22, spotkaliśmy się w fastfoodzie (celowo nie podaję nazwy, aby nie być posądzonym o „kryptoreklamę”), ustaliliśmy plan działania, taktykę, kto za co będzie odpowiedzialny i podjechaliśmy pod pierwszego planowanego kesza. Mieliśmy godzinę aby się zdrzemnąć, nastawiliśmy budziki, ale mi jakoś nie do spania było. Pięć minut przed północą stanęliśmy przed Wielką rurą alexa22, cyknęliśmy pamiątkową fotę i wyczekiwaliśmy nerwowo do północy. Wreszcie start, kesz wydawał się prosty, więc nawet ani ja ani Jed team nie wzięliśmy czołówek z keszowozu, ja miałem szybko uwiecznić kolejną fotą znalezienie pierwszego kesza, a tu smashin z J.O.N.F.-em szukają, szukają i dopiero po dłuższej chwili smashin wygrzebał kesza. Fotę cyknałem, ale ten kesz nauczył mnie pokory, to nie przelewki tylko kawał wyzwania przed nami, od tej pory pełna mobilizacja, cztery osoby szukają, a aparat zostaje w keszowozie, sic!
Kolejne kesze po drodze i wylądowaliśmy w parku leśnym Bemowo. Tempo mieliśmy dobre, jak na las po nocy to nawet bardzo dobre, ale bardzo dokuczające były te chmary robali walących z każdej strony do świateł czołówek, brrr, co za paskudztwo. W pierwszej godzinie zdobyliśmy dziesięć keszy, gdy po Starym moście na fortach wsiadaliśmy do keszowozu, to nie mogliśmy w to uwierzyć, takie tempo po nocy, w większości w lesie. Smashin mający duże doświadczenie w takich tam różnych 24 godzinnych hardcorach, powiedział „panowie” jeszcze nam tempo spadnie i to znacznie, pogadamy za 15 godzin. Pewnie coś tam przekręciłem jego wypowiedź, ale z grubsza o to chodziło. Rzeczywiście po kolejnych 15 godzinach byliśmy lekko wypompowani.
Drugą godzinę rozpoczęliśmy na Bornerowie, potem kolejno Fort Blizne, Dejna, Stirlitz, Jak tajny agent, szło w miarę sprawnie, ale coś mi tak jakoś dłużyły się te dojazdy, teraz gdy patrzę na mapę, to widzę jak nas ten Garmin nieźle przeciągnął po okolicy, ewidentnie robił nam pod górkę.
Podczas zlotu w Opolu, miałem przyjemność zdobyć kilka keszy z Wrzosami, ale Wrzos gdy widział jak mnie ten Garmin „prowadzi” do celu po drogach, to mi poradził, abym wyłączył dojazd do kesza po drogach tylko zdał się na azymut. Wtedy jeszcze się upierałem, ale teraz gdy włączyłęm „rekalkuluj po drogach” to wyszło 4,5 km, po bezdrożach 718 m, no to dawaj na azymut :). Nie zawsze, ale często sprawdzałem czy mnie gieps po cichu nie wpuszcza w maliny.
Druga godzina minęła, 17 keszy, wśród nas zapanowała pewna konsternacja, i tak ma wyglądać Warszawa, wiadomo, że do Krakowskiego Przedmieścia jeszcze daleko, ale zupełnie czegoś innego się spodziewaliśmy, a tu taka … hm … „prowincja” ;) Do tej pory nie znaleźlismy około dwóch keszy, z jednego po drodze w chaszczach zrezygnowaliśmy, przy drugim (Skwer na Bornerowie) po kilku minutach odpuściliśmy, może kesz tam gdzieś siedzi i się uśmiecha, ale na nas był już czas.
W trzeciej godzinie „tylko” sześć keszy, ale jeden wirtual nas trochę przytrzymał i do tej pory myślimy nad hasłem (Brzechwa).
W czwartej godzinie trochę nas przyblokował „Another brick in the wall” , trochę padało, krzaczory też mokre, a tu kesza nie ma i nie ma. Jak już go znaleźliśmy to zaczęło świtać i kolejny „Lęk wysokości” zdobywaliśmy już o szarówce. Stopnie były śliskie, ale przynajmniej coś już było widać. W „barierze dźwięku” najpierw znaleźliśmy portfel, ale wypatroszony, tak, że na śniadanie żadnych dutków w nim już nie było. Po czterech godzinach akcji trzydzieści keszy, całkiem niezły hendicap jak to podsumował smashin.
Wśród kolejnych keszy najbardziej utkwił mi w pamięci Węzeł Młociny, dosyć zabawna sytuacja była, idzie jakiś mugol i looka w naszą stronę, a tu stoi czterech facetów i wpatruje się w jakąś kupę kamieni do tego jakimś dziwnym językiem mówią:
nieźle skitrany,
no to może spróbujemy pobobrować z drugiej strony :)

W końcu J.O.N.F. wygrzebał skrzyneczkę, szybki wpis i lecimy do „najeźdźców”. Po „najeźdźcach kolejny kesz dopiero po 24 minutach, już nie pamiętam, czy znowu włączyłem rekalkuluj po drogach i Garmin nas przegonił po kilku przecznicach czy to aby nie było podejście do jakiegoś esza, którego na szybko nie daliśmy rady znaleźć. Bardzo nam się podobała Stara Huta na Bielanach, co prawda żeby było „łatwiej” atakowaliśmy przez płot metodą brutal force, a potem się okazało, że można było kulturalnie, dookoła, spacerkiem … Kesz w miarę sprawnie się poddał, ale kolejny nas pogonił. Jak teraz na to patrzę to ja czytałem opis do Undergroundu, i wg giepsa szukałem wejścia do podziemi, a Jed Team pokazywał zdjęcia do kesza „Z góry na dół” i tak sobie chodziliśmy ze dwadzieścia minut wte i wewte, nawet smashin wsadził ostatecznie głowę tam gdzie trzeba było wsadzić, ale w końcu sobie odpuściliśmy.
Po sześciu godzinach mieliśmy 41 keszy, średnia spadła, ale przynajmniej było całkiem jasno. Jed zaczął sprawnie operować keszowozem (równolegle z internetem), tak, że zaczęliśmy trzymać dobre tempo, J.O.N.F. przy każdym keszu „odwalał” czarną robotę, a smashin na bieżąco podawał statystyki, międzyczasy, średnie tempo, tak, że cały czas wiedzieliśmy jak nam idzie.
W kolejnej godzinie „Afera hazardowa” była „the best”, Jed ze smashinem parli szybko na dół, ja w pewnym odstępie za nimi przedzierałem się przez szkło, a J.O.N.F. pilnował żeby nam zataczający się mugol czasem „furtki” nie zatrzasnął. Byłem pod wrażeniem tego kesza, dla takich rarytasów to warto się o świcie pomęczyć. Trochę dał nam popalić „parking na zakręcie”, ale w końcu daliśmy radę zrobić z tego kesza Drive-in-a, a potem przyszła kolej na „pułkownika Kuklińskiego”. Jak tu wejść do tego bloku. W końcu napatoczyła się umalowana staruszka, więc uciąłem z nią miłą konwersację, cały czas delikatnie klarując pani, że my tam musimy do środka wejść. W końcu w drodze negocjacji wpuściła dwie osoby, dosyć komiczna była to sytuacja, bo ani smashin ani J.O.N.F. nie mieli ze sobą opisu a pani odprowadziła ich pod same drzwi, cały czas opowiadając anegdoty z życia pułkownika. Jed podał przez telefon opis kesza, smashin zagadywał panią pod drzwiami nr 55, a J.O.N.F. w tym czasie dyskretnie bobrował tak by staruszka niczego kątem oka nie widziała. Uff, w końcu sukces, ale znowu nam średnia spadła.
Było już po ósmej, w keszowozie jakieś szybkie „śniadanko” wskoczyło, pojechaliśmy dalej, i kolejne kesze padały bardzo szybko, podobała się Mormońska kapsuła czasu, zdobyliśmy dwa „Wąski”, co prawda nie tej klasy co Biała Pani, ale „Stary kościółek na Woli” bardzo się podobał. Przy tym keszu Jed nie dał nikomu szans. W tej godzinie zdobyliśmy aż dwanaście keszy, na „rondzie wolnego Tybetu” nie było żadnej parady ani demonstracji, jedynie przy ambitnych murarzach nie do końca wiedzieliśmy jak wejść na teren, ale wystarczyło spytać na portierni: czy można :)
Po dziewiątej mieliśmy małą przygodę z polizmajstrami, to nie nasza wina, że „stary dom na Bema” leży po drugiej stronie czteropasmówki, a do kładki nad jezdnią daleko, na szczęście z opresji wybawił nas rowerzysta, którego „shaltowali” chwilę wcześniej. Po keszu szpula do keszowozu i w długą ;)
Mimo małej porcji adrenaliny to kolejnych keszy nie do końca pamiętam, zmęczenie dawało się we znaki, oczy zaczęły kleić się do powiek, przy „semaforze” zakonotowałem tylko, że dzisiaj już tu przed nami ktoś był. Zgarnęliśmy przy okazji pierwszego i jedynego „zyr-a”, a dopiero „Reduta Ordona” trochę mnie obudziła. Mimo znacznych wysiłków nie byłem sobie w stanie w tym miejscu nic wyobrazić, pewnie przez to zmęczenie, za to czereśnie rosnące po drodze smakowały wyśmienicie, ale smashin z J.O.N.F.-em nie dali nam zbyt długo pobuszować w opuszczonym sadzie. Czas panowie, czas ;) No comments ;)
W okolicach Białobrzeskiej miały być cztery szybkie keszyki, o wirtualu zapomnieliśmy, ze „szczeliną” animałej, poszło w miarę sprawnie, „moja podstawówka” nas pokonała, za to w keszu „dom sprawdzono min … niet”, rzeczywiście min niet za to kesz i owszem ;) Przyznam szczerze, że dopiero przy logowaniu zerknąłem ile toto ma gwiazdek, jakbym wiedział wcześniej to bym z większym szacunkiem do tego kesza podszedł, ale i tak zielony order bez dwóch zdań przyznany.
Karczma Ochota nas pokonała, może i dobrze, bo jeszcze byśmy tam coś zamówili ;) (czytaj zmarnowali czas), kolejnych kilka keszy poszło sprawnie aczkolwiek przy prezydencie łatwo nie było. Przy barykadzie września znowu była mała komiczna sytuacja: przebiega mugol przez ulicę, jest przy pierwszej dziewiątce a tam w środku ktoś coś majstruje, idzie dalej .. w kolejnej dziewiątce … deja vu ;)
Wracamy do keszowozu, Jed na bieżąco loguje i podaje ile już mamy keszy, wychodzi na to, że osiemdziesiąt w połowie dnia, ja zaś zerknąłem na komórkę, nieodebrane połączenie, dzwonił Wrzos kontrolnie wybadać jak nam idzie, trochę z niedowierzaniem, przyjął naszą dotychczasową statystykę, ale wcale mu się nie dziwię, sami też w to nie możemy uwierzyć.
Z Ochoty przerzucamy się w stronę Mokotowa, po drodze zgarniając sympatyczne domy grzybki, potem były m.in. wzywaczki straży pożarnej, jedna nieźle skitrana, i trzy kesze w Forcie Mokotów. Skwar, zaduch, temperatura powyżej 30 stopni, mimo że przez chaszcze to choć chwila w cieniu do pierwszego kesza na forcie. Sam Fort Mokotów dał trochę popalić, stojąc przed wejściem okazało się, że czołówki zostały w keszowozie, ale tak to jest gdy opis się czyta stojąc pod keszem. Niemniej jednak przy świetle ekranu giepsa też da się kesza znaleźć, choć osobiście nie polecam tej metody ;) Upaprany byłem jak świnia, i tak się cieszę, że mnie Jed do keszowozu potem wpuścił. Z lotniskeim Mokotów poszło w miarę sprawnie, choć zaczęliśmy od obmacywania płotu siedliska agentów, tego drugiego kesza nie znaleźliśmy, niestety żadni agenci nie przyszli z pomocą tak jak niektórym poprzednim znalazcom. Dwa kolejne kesze tor żużlowy i basen tak nas wymęczyły w tym ostrym słońcu, że mieliśmy kompletnie dosyć. Podjęliśmy decyzję, że czas coś „wsunąć” w fastfoodzie i obmyć się troszkę. Tam i nazad i na miejscu i godzina w plecy, ale wszyscy tego potrzebowali. J.O.N.F. najmłodszy, a trzymał się cały czas dzielnie, ale od tego ciągłego chowania keszy był nieźle upaprany.
Po nazwijmy to „obiadku” i wykonaniu kilku telefonów keszowóz sprawnie sunął w stronę Imielina, znowu trochę nas rzuciło w bok więc gdy po drodze pojawił się na mapie triangul to go zgarneliśmy „w biegu” i dalej. Wreszcie jeziorko imielińskie, czyli nasz kesz # 100 na dzisiaj, godzina 16:04, jesteśmy mocno styrani, ale szczęśliwi, że daliśmy radę, parę zdjęć, gratulacji i pędzimy dalej bo dopiero przy sto drugim keszu WAWA na 102 w pełni będzie „zaliczona”. Godzina 16:23, Parka Jana Pawła II, huraaa, WAWA na 102 „zdobyta”. Po chwili euforii, szybka mobilizacja i na maxa do pólnocy ile się tylko da. Już bez ciśnienia, że plan, że trzeba..., przy takim dużo większym komforcie psychicznym od razu spokojniej można było ruszyć do dalszej walki, tak, tak, walki, bo to już nie było keszowanie, teraz przypomniały mi się słowa smashina sprzed piętnastu godzin.
Potem przyszła kolej na kilka keszy w okolicy Doliny Służewieckiej, bardzo nam się podobały Katakumby, szkoda tylko, że nie było czasu aby dalej się zapuścić, a muzeum kowalstwa to zgarnęliśmy przypadkiem, myślałem, że nieczynne i z kesza nici, a tu taka niespodzianka. Potem, Wilanów, meczet, Nepomucen, z którym mieliśmy sporo szukania, no bo trzeba szukać pod kordami a nie przy pomniku, chociaż do tego pomnika od kesza to ładny kawałek jest. Czytając przypisy do kesza „Świety Antoni od skrzynek”, że nie dotyczy to skrzynek Makosa, bo od spraw trudnych i beznadziejnych to jest inny patron, to się uwziąłem, żeby tak chociaż jedną skrzyneczkę tego autora, może być najmniejsza z najmniejszych..., choć jedna na dzisiaj, …, na szczęście trafiliśmy na jedną z tych większych (Rogatki Mokotowskie) i poszło całkiem sprawnie. Mam nadzieję, że Makos nie będzie miał mi za złe, że go kilka razy w takim kontekście w tej relacji umieściłem. Wcześniej padł trójkąt bermudzki, no, no, niezła gimnastyka, a później pojechaliśmy odpocząć w Królikarnii zdobywając trzy kesze i na dokładkę czwarty w parku Arkadia. Bardzo mi się ta okolica podobała.
Przy wspomnianych wcześniej Rogatkach Mokotowskich minęła godzina dwudziesta , sto dwadzieścia dziewięć keszy zdobytych, wtedy pomimo ogromnego zmęczenia uświadomiliśmy sobie że 150 jest w zasięgu ręki i kolejny przypływ mobilizacji i dalej do następnego. Kolejne cztery kesze bardzo mi się spodobały, o dziwo dobrze je wszystkie pamiętam, najpierw wieżowiec, świetna skrzynka, trzeba trochę porozglądać się za tramwajami, a jak już znajdziesz, to miejsce ukrycia pierwsza klasa, takie skrzynki miejskie najbardziej lubię. Kolejny kesz Fontanna przy placu na Rozdrożu cozy, trochę nas przystopował, już mieliśmy odpuścić ale rzutem na taśmę wpadł w nasze ręce, Dolinka Szwajcarska, bardzo urokliwe miejsce i na deser czwarty kesz kamienica Portera, piękne skitranie, na widoku i nie na widoku :)
Powoli dzień się chylił ku końcowi, ruszyliśmy w stronę Starego Miasta, Napoleona szukaliśmy bezowocnie, ale zdaje się, że go autor zawiesił, tuż przed naszymi poszukiwaniami. Zmęczenie dawało się coraz mocniej we znaki, zaczęliśmy popełniać coraz więcej błędów … to może po tego wirtuala, nie za dużo tabliczek do sczytania, to może Aleje Jerozolimskie 88, to może tego, albo tamtego …. Nie było lekko. Smashin jako najbardziej doświadczony w takich długodystansowych eventach zaczął ogarniać sytuację, J.O.N.F. sprawnie dobywał i obrabiał kesze, Jed w jednej ręce dzierżył kierownicę a w drugiej internet, a ja po prostu czułem spore zmęczenie. Kolejna mobilizacja i kolejnych kilka keszy na starówce, nieźle to wyglądało gdy biegliśmy po skosie przez rynek Starego Miasta, a na środku pokaz ogni, a my w poprzek przez to całe widowisko biegiem do Kamiennych schodków, w czołówkach na głowie, ale nie mieliśmy czasu aby lecieć po obwodzie, dookoła.
Bazyliszka na Krzywym Kole mieliśmy koło godziny 22, czyli zostały nam dwie godziny na dziesięć keszy, niby dużo, więc atakujemy Pragę. Po drodze rzuciło keszowozem nie w tą stronę, więc przypadkowo zgarnęliśmy dwa Drive-In-y (Most Ponińskiego i Dom Profesorski) i dalej przez Wisłę. Dwa pierwsze kesze na Pradze poszły bardzo sprawnie, potem dwa pudła, zaczęło robić się nerwowo, dwa kolejne Skarbowy i Synagoga pozwoliły nam nadrobić stracony czas, zmęczenia nikt już nie czuł, tylko woda w keszowozie i dalej. Godzina 22:55 i jeszcze „tylko” cztery kesze, wydaje się, że spoko, ale długo zabajdurzyliśmy zaliczając kolejne podwórka w drodze do jednego kesza, w końcu odpuściliśmy, kolejny bliski kesz Spieprzaj Dziadu, już myśleliśmy, że ten filmik na YouTube trzeba obejrzeć, ale gdy zerknąłem, że i tradycyjna i że trudność 1 to po chwili kesz był nasz.

godzina 23:19,
jeszcze tylko dwa kesze,
23:24 Ruskie napisy na murze,
23:30 Warszawska Piekarnia Mechaniczna,
Pollena, odpuszczamy, ponoć nie ma,
lavinkowy cmentarz,
atakujemy, nie z tej strony,
przez płot odpuszczamy,
dookoła za daleko,
siedemnaście minut do północy,
biegiem na wiadukt,
szukam w jednym miejscu nie ma,
Jed też tam zerknął,
jest,
godzina 23:48,
dwanaście minut do północy,
co dalej,
który następny,
Makos,
jedziemy,
nie jedziemy,
jedziemy,
nie jedziemy...
… nie pojechaliśmy :)

Na szczęście dopiero przy ostatnim zdobytym keszu nastąpiło małe niezdecydowanie, ale w końcu spojrzeliśmy po sobie i odpuściliśmy te dwanaście minut. 24 godziny, 151 keszy, cztery osoby, jeden keszowóz, 200 km po Warszawie, okrzyki radości, gratulacje, całe napięcie z nas spływa, jeszcze to do nas nie dotarło, potwornie zmęczeni ale jakże szczęśliwi, kilka pamiątkowych zdjęć i spacerkiem powoli do keszowozu i już nie nerwowo nocą przez Warszawę pod Wielką Rurę gdzie zostawiliśmy drugi keszowóz.

W tym miejscu chcę podziękować całej ekipie za zrealizowanie tak wytężającego projektu:
Jed teamowi za bezpieczne, skuteczne i eleganckie jeżdżenie keszowozem najbliżej jak się do pod kesza, oraz szybkie operowanie internetem, bez wielu zdjęć było by znacznie dłużej, smashinowi za prowadzenie na bieżąco statystyk zdobytych keszy i ciągłe mobilizowanie ekipy, szczególnie w ostatnich godzinach gdy było mało czasu i trzeba było się nieźle sprężać oraz J.O.N.F.-owi za odwalanie „czarnej roboty” przy każdej skrzynce oraz za to, że mimo młodego wieku bez żadnych oznak zmęczenia wytrzymanie do samego końca, gdy tempo było coraz szybsze.

Po kilku dniach od zakończenia projektu , mogę na to wydarzenie trochę spokojnie spojrzeć. Wiele keszy zacząłem głębiej poznawać dopiero gdy logowałem wpis na stronie, wiele miejsc było na tyle ciekawych, że warto tam jeszcze wrócić, wielu po prostu nie pamiętam. Ale największe wrażenie zrobiła na mnie Warszawa, ta mniej znana, to nie tylko Pałac Kultury, Stare Miasto, czy Łazienki, ale też wiele, wiele pięknych miejsc, które choć przelotem mogliśmy poznać, Królikarnia, Arkadia, a nawet sypiące się podwórka na Pradze mają swój urok. Kiedyś na spokojnie tam wrócę.

Przy okazji podczas kilku ostatnich spotkań coraz bardziej zaczyna do mnie docierać tzw „drugie dno” okołokeszowe. Te wszystkie wydarzenia tworzą ludzie, te wspólne keszowania, posiady przy ognisku, tworzą niezapomnianą atmosferę, tego nie widać w statystykach, ale po tym naszym wypadzie na WAWĘ zdaję sobie sprawę jak teraz inaczej postrzegam całe to wydarzenie w innym kontekście niż tylko suche liczby, statystyki, liczniki, mimo że to też jest duża frajda. Następnego dnia rozmawiałem z kilkoma osobami i większość komentarzy była w stylu: ty się do mnie nie odzywaj, jak mogliście mi coś takiego zrobić, czemu mnie nie wzięliście, albo: ty już nie jesteś moim kolegą, oczywiście to wszystko żartem, z poczuciem humoru, słowa wypowiedziane przez ludzi, którzy tworzą właśnie to drugie dno. I za to jestem im wdzięczny.

P.S. Przy każdym zdobytym przez nas keszu podawałem w logu kolejność zdobywania oraz godzinę, tak dla potomnych :)
Ostatnio zmieniony czwartek 30 czerwca 2011, 12:38 przez freney, łącznie zmieniany 1 raz.
Użytkownicy, którzy podziękowali autorowi freney za post (razem 4):
SebastianNannettemartuśzaboja
Obrazek

Awatar użytkownika
krystiant
Forumator
Posty: 1912
Rejestracja: środa 29 października 2008, 23:55

Re: WAWA na 102

Post autor: krystiant » czwartek 30 czerwca 2011, 10:27

Hmm, hmm... co by tu powiedzieć... WOOOW! Przywróciliście mi wiarę w to co wszyscy mówią, że Warszawa to hurtownia keszy. Jak ja tam było to coś mieliśmy pod górkę... Gratuluję wyczynu.
Poczytaj zanim się zapytasz :wink:
Proszę o przemyślane wypowiedzi zgodne z REGULAMINEM FORUM a w szczególności z punktem 11

Obrazek Obrazek Obrazek
Staram się zachowywać właściwe proporcje - znalezień więcej niż postów ;-)

Awatar użytkownika
m2m
Stały bywalec
Posty: 152
Rejestracja: środa 15 grudnia 2010, 00:32
Lokalizacja: Kraków/Śląsk

Re: WAWA na 102

Post autor: m2m » czwartek 30 czerwca 2011, 11:08

Gratuluję wykonania zadania w 150% :)
Obrazek Obrazek

Awatar użytkownika
miklobit
Forumator
Posty: 1429
Rejestracja: poniedziałek 20 września 2010, 12:24
Lokalizacja: Wrocław/Warszawa/Katowice
Kontakt:

Re: WAWA na 102

Post autor: miklobit » czwartek 30 czerwca 2011, 11:11

Ja też gratuluję sukcesu w kategorii "team 4-o osobowy" :D

Awatar użytkownika
Sebastian
Forumator
Posty: 851
Rejestracja: poniedziałek 12 maja 2008, 19:31
Lokalizacja: Górny Śląsk

Re: WAWA na 102

Post autor: Sebastian » czwartek 30 czerwca 2011, 14:22

Gratuluję sukcesu, o projekcie usłyszałem podczas spotkania na Malince. Cieszę się, że Wam się udało. Reportaż czyta się z wypiekami na twarzy, świetny tekst :D

Pozdrawiam serdecznie - Sebek
Obrazek

Awatar użytkownika
Doc_with_the_dog
Forumator
Posty: 952
Rejestracja: niedziela 26 września 2010, 09:28
Lokalizacja: Śląsk
Kontakt:

Re: WAWA na 102

Post autor: Doc_with_the_dog » czwartek 30 czerwca 2011, 15:30

Gratulacje!!!!!!
Teraz czekam na podobny wyczyn śmiałków w kategorii "z buta" :D
Chciałbym iść do nieba ze względu na klimat, ale wolę do piekła ze względu na towarzystwo.

Awatar użytkownika
Stryker
Forumator
Posty: 1052
Rejestracja: piątek 23 lipca 2010, 15:32

Re: WAWA na 102

Post autor: Stryker » czwartek 30 czerwca 2011, 16:01

Gratulacje i ode mnie ;-) O zamiarach słyszałem na Malinie i w sumie byłem pewny, że uda się "z górką".
Doc_with_the_dog pisze:Teraz czekam na podobny wyczyn śmiałków w kategorii "z buta" :D
Z buta nie, ale mam jakąś tam wprawę po PPL (16h jazdy bez przerw praktycznie), więc coś spróbuję na rowerze uskutecznić.
Obrazek

Awatar użytkownika
maryush
Forumator
Posty: 986
Rejestracja: czwartek 07 kwietnia 2011, 13:13
Lokalizacja: Warszawa

Re: WAWA na 102

Post autor: maryush » czwartek 30 czerwca 2011, 17:18

Gratulacje i szacun!

freney
Bywalec
Posty: 32
Rejestracja: środa 29 czerwca 2011, 18:33

Re: WAWA na 102

Post autor: freney » sobota 02 lipca 2011, 11:39

Dziękuję za gratulacje. Ciszę się, że podobała się Wam relacja. Jak sam to teraz przeczytałem, to też mam wypieki na twarzy :)
Obrazek

martuś
Bywalec
Posty: 75
Rejestracja: środa 19 sierpnia 2009, 23:53

Re: WAWA na 102

Post autor: martuś » poniedziałek 04 lipca 2011, 13:50

nono chłopaki gratuluję :D
znamy zwyczaj Jed team'a logowania skrzynek z terenu, wiec gdy siedzielismy sobie z r00t7 w domu i nagle jakos duzo tych logowan sie pojawilo i to jeszcze w Warszawie, to co jakis czas na biezaco sprawdzalismy jaki Jed ma dzienny rekord (kolejny wskaznik, nie trzeba bylo chociaz liczyc nonstop). Jedno z nas patrzylo w jego statystyki i kazało drugiemu zgadywać do ilu to już keszy dobił :twisted: Wtedy nie wiedzielismy jeszcze o projekcie. Bylo Boze Ciało, pierwszy dzien z czterodniowego dlugiego weekendu i juz myslelismy ze tak przez 4dni bedzie Jed po 100 pare keszy zaliczac :D Akurat tego dnia bylismy rowerowo na keszach i dziwil nas wpis w Rondzie Tybetu i Mormońskiej kapsule zamiast nicków ;)
no i ciesze się, że kilkoma moimi keszami mogłam dopomóc wam w zrealizowaniu projektu :)

Awatar użytkownika
lavinka
Forumator
Posty: 981
Rejestracja: czwartek 15 października 2009, 21:48
Lokalizacja: Warszawa/Żyrardów
Kontakt:

Re: WAWA na 102

Post autor: lavinka » wtorek 05 lipca 2011, 02:40

Niestety po chłopakach zginęło sporo skrzynek :/ W tym jedna moja, a druga tylko następnej znalazczyni zawdzięcza to, że jeszcze jest. Chyba za szybko się chłopaki uwijali, bo nawet jej nie zakopali tylko rzucili luzem. Pewnie z resztą było podobnie...
sześć zero siedem sześć jeden dwa trzy dwa siedem mejl: lavinka gazetowa
Obrazek ObrazekObrazek ObrazekObrazek

Awatar użytkownika
Nannette
Forumator
Posty: 1043
Rejestracja: czwartek 26 czerwca 2008, 12:00

Re: WAWA na 102

Post autor: Nannette » wtorek 05 lipca 2011, 08:06

@ Lavinka > to mocne oskarżenie - znam ekipę osobiście i raczej nie wydaje mi się, że opieszale do tego podeszli. Skrzynki giną tak czy siak (te miejskie wyjątkowo)- ja też teraz w Warszawie 4 nieznalezienia pod rząd - a wcale nie po chłopakach.
Lądy i morza przemierzam, kulę ziemską z otwartym czołem. Polski mam paszport na sercu. Skąd, pytam, skąd go wziąłem? A wziąłem go z dumy i trudu, ze znoju codziennej pracy, ze stali, z żelaza, z węgla. A węgiel to koks, to antracyt.

Awatar użytkownika
Stryker
Forumator
Posty: 1052
Rejestracja: piątek 23 lipca 2010, 15:32

Re: WAWA na 102

Post autor: Stryker » wtorek 05 lipca 2011, 09:26

Trochę w tym racji jest, że taki "speedcaching" powoduje, że szukający nie zwracają uwagi na mugoli, którzy później idą i kesza zwijają.
Obrazek

zaboja
Bywalec
Posty: 34
Rejestracja: wtorek 24 listopada 2009, 19:59

Re: WAWA na 102

Post autor: zaboja » wtorek 05 lipca 2011, 10:20

O projekcie 100 keszy w 24H rozmawiałem z Freneyem wcześniej i się czaiłem na niego :) , ale czytając opis widzę, że wymiękłbym po 60 :) Wielkie gratulacje.
PS. Co do znikających keszy, to na pewno nie z winy tej ekipy.
Obrazek

smashin
Nowy na forum
Posty: 3
Rejestracja: czwartek 17 września 2009, 19:23

Re: WAWA na 102

Post autor: smashin » wtorek 05 lipca 2011, 10:25

Tak dla rachunku sumienia:
Plac Konstytucji był w 100% czysty - pamiętam, kesz był na obiekcie od spodu, nie przy "dziurce"
kapliczki były dwie, robiliśmy je błyskawicznie, ale prawie że o świcie i nie było żywej duszy
Rogatki mokotowskie - to faktycznie mogliśmy spalić, takie miejsca robiliśmy razem na sztuczny tłum, ale ludzi było dużo, kesza znaleźliśmy też szybko
Gdzie strumyk płynie - tego kesza próbowaliśmy reaktywować, choć pewnie z mizernym skutkiem, choć tego nie wart
Skwer Starszych Panów - tu nie ma po nas logów, ale mogliśmy spalić - przyglądały nam się dzieci, odłożyliśmy kesza w momencie kiedy nie patrzały, ale wcześniej nas z nim widziały
Park Jana Pawła II - miało być nano, było raczej mikro i leżało w krzakach - próbowaliśmy reaktywować, ale bez magnesu
Ratusz na Bielanach - też radziliśmy sobie sami
przypominają mi się jeszcze trzy kesze, które przegapiłem robiąc przegląd:
- na Bemowie jeden (chyba fort Blizne) był na zewnątrz, prawie nie było dołka i ziemia była twarda - maskowałem czym się dało, ale łopatki nie miałem
- na sadybie (chyba spacer filipsa) podjąłem kesza na oczach rodziny na balkonie, wytłumaczyłem co to jest i trochę się zdziwili i obiecali pilnować
- jakiś pomnik na Woli/Ochocie (karczma?) - długo szukaliśmy... po kilkunastu minutach przejeżdżaliśmy obok niego i była tam grupa meneli przyglądająca się pomnikowi - ale bez techniki nie mieli szansy na tego mikrusa
zrobiłem przegląd wszystkich keszy, wyszło że 3 wtopiliśmy - choć 2 podjęte moim zdaniem czysto, makosowy faktycznie był trudny... - przepraszamy
rzeczywiście mogliśmy wtapiać z pośpiechu, jednak przy każdym keszu rozglądaliśmy się i jeśli trzeba było robiliśmy działania pozorujące

ODPOWIEDZ